✅ Gwarancja świeżości

✅  Zawsze darmowa wysyłka

✅  Tylko sprawdzone odmiany

Papierowe teczki z aktami badawczymi i szklana fiolka z kapsułkami na biurku uniwersyteckim w stylu lat sześćdziesiątych. Ilustracja do artykułu „Harvard Psilocybin Project: Timothy Leary i koniec badań”.

Harvard Psilocybin Project: Timothy Leary i koniec badań

Przez dwa lata na jednym z najlepszych uniwersytetów świata podawano ludziom psylocybinę w ramach oficjalnego programu badawczego. Harvard Psilocybin Project zaczął się jesienią 1960 roku, a w marcu 1962 roku rozsypał się na zebraniu własnego wydziału. Wiosną 1963 roku dwaj prowadzący go psychologowie nie pracowali już na uczelni.

Ten epizod bywa opowiadany albo jako heroiczna walka o wolność nauki, albo jako obyczajowy skandal. Obie wersje mijają się z dokumentami. Warto prześledzić, co faktycznie zbadano, co z tych ustaleń przetrwało późniejszą weryfikację i dlaczego akurat ta historia zaciążyła na całej dziedzinie.

Sześć grzybów w Cuernavace i telefon do Sandozu

W sierpniu 1960 roku Timothy Leary, wtedy wykładowca psychologii klinicznej, zjadł w meksykańskiej Cuernavace grzyby z rodzaju Psilocybe — tego samego, do którego należy gatunek, który później zdominował laboratoria i hodowlę. Po powrocie do Cambridge uruchomił wraz z Richardem Alpertem program badawczy w Center for Research in Personality, którym kierował David McClelland.

Substancji nie zbierano w terenie. Czysta psylocybina pochodziła od szwajcarskiego Sandozu, który zsyntetyzował ją po tym, jak grzyby z Meksyku trafiły do europejskich laboratoriów — tę drogę opisaliśmy osobno. Firma sprzedawała ją lekarzom i badaczom pod nazwą handlową Indocybin.

Protokół, w którym badacz brał to samo co badany

Jedna z głównych publikacji projektu — praca Leary’ego, Litwina i Metznera z grudnia 1963 roku w „Journal of Nervous and Mental Disease” — opisywała tezę, którą zespół uważał za swoje najważniejsze odkrycie: przykre reakcje na psylocybinę dają się w dużej mierze wyeliminować, jeśli sesja odbywa się w otoczeniu przyjaznym, a nie klinicznym. Stąd fotele, dywany, muzyka i obrazy zamiast szpitalnej kozetki.

Metodologicznie było to jednak badanie słabe i wiedziano o tym od razu. Nie było doboru losowego ani grupy kontrolnej, wyniki opierały się na kwestionariuszach wypełnianych przez uczestników, a badacze przyjmowali psylocybinę razem z badanymi — praktykę tę zespół uzasadniał budowaniem zaufania, a krytycy uznawali za zniesienie dystansu, bez którego nie da się niczego ocenić.

Rozjeżdżają się nawet podstawowe liczby. Część opracowań mówi o około 167 uczestnikach, inne o blisko czterystu sesjach w całym projekcie. Nie są to dane tego samego rodzaju i żadne z nich nie pochodzi z jednego pełnego rejestru, więc traktujmy je jako rząd wielkości, nie jako wynik.

Concord Prison Experiment: liczby, które nie wytrzymały weryfikacji

Najgłośniejszy eksperyment projektu ruszył w 1961 roku w zakładzie karnym w Concord w Massachusetts. Psylocybinę w ramach terapii grupowej otrzymało 32 więźniów, zwykle w dwóch sesjach, w dawkach od 20 do 70 mg. Celem było obniżenie recydywy. Zespół ogłosił sukces: odsetek powrotów do więzienia wśród uczestników miał być wyraźnie niższy niż typowy dla tego zakładu.

Trzydzieści cztery lata później Rick Doblin prześledził akta sądowe i więzienne 21 z 32 uczestników oraz przeprowadził rozmowy z dwoma badanymi i trzema badaczami — Learym, Ralphem Metznerem i Guntherem Weilem. Wniosek jego pracy z 1998 roku jest jednoznaczny: opublikowane wcześniej twierdzenia o efekcie terapeutycznym były błędne.

Błąd nie polegał na fałszowaniu danych, tylko na porównaniu dwóch rzeczy, których porównywać nie wolno. Zespół zestawił los swoich uczestników obserwowanych przez kilkanaście miesięcy po wyjściu z zakładu z bazowym wskaźnikiem recydywy liczonym dla znacznie dłuższego okresu. Do tego w jednym worku znalazły się powroty za nowe przestępstwo i powroty za naruszenie warunków zwolnienia — a to dwa różne zdarzenia. Po wyrównaniu okresów obserwacji różnica znikała.

Konkretne procenty krążące po opracowaniach są ze sobą sprzeczne: pojawia się i 25 procent wobec 64, i 32 wobec 56, i 59 wobec 56. Te liczby dotyczą różnych momentów pomiaru i różnych definicji powrotu, więc nie da się ich uzgodnić bez sięgnięcia do pełnego tekstu Doblina. Pewne jest to, co mówi jego abstrakt: efektu nie było.

Sam Doblin nie uznał pomysłu za obalony. Zwrócił uwagę, że już pierwotne raporty podkreślały konieczność wsparcia po wyjściu na wolność i że akurat tego uczestnikom zabrakło — mimo starań zespołu. W tym samym numerze czasopisma komentarz opublikował Metzner, jeden z badaczy z Concord.

Good Friday Experiment: to badanie obroniło się lepiej

20 kwietnia 1962 roku, w Wielki Piątek, w kaplicy Marsh Chapel na Uniwersytecie Bostońskim Walter Pahnke przeprowadził eksperyment do swojej pracy doktorskiej. Dwudziestu studentów teologii protestanckiej otrzymało kapsułki: dziesięciu psylocybinę w dawce 30 mg, dziesięciu substancję kontrolną — kwas nikotynowy. Badanie zaprojektowano jako podwójnie zaślepione. Pahnke raportował, że grupa psylocybinowa opisywała przeżycia odpowiadające klasycznym kategoriom doświadczenia mistycznego, a grupa kontrolna nie.

Doblin odnalazł po latach 19 z 20 uczestników i przeprowadził wywiady z szesnastoma, ćwierć wieku po sesji. Zasadniczy wynik się utrzymał: uczestnicy z grupy psylocybinowej nadal uznawali tamto przeżycie za autentyczne i ważne. Ale krytyka metodologiczna była poważna.

Zaślepienie rozpadło się w ciągu kilkudziesięciu minut, bo kwas nikotynowy daje charakterystyczne zaczerwienienie skóry i nikt nie miał wątpliwości, kto co dostał. Kwestionariusz zawierał pozycje sformułowane tak, że mogły zawyżać wynik. Najpoważniejszy zarzut dotyczył raportowania zdarzeń niepożądanych: jeden z uczestników grupy psylocybinowej otrzymał domięśniowy zastrzyk chlorpromazyny, a informacji o tym w rozprawie Pahnkego nie ma.

To ostatnie jest sednem sprawy. Nie chodzi o to, że komuś było źle — w badaniu klinicznym to zdarzenie do opisania, nie do ukrycia. Chodzi o to, że opis zdarzenia zniknął.

Harvard nie zwolnił ich za psylocybinę

Konflikt wybuchł na zebraniu Center for Research in Personality 14 marca 1962 roku. Prowadził je McClelland, a najostrzej wystąpił Herbert Kelman, wykładowca psychologii społecznej. Zarzucał projektowi, że narusza wartości środowiska akademickiego, że panuje w nim antyintelektualna atmosfera z naciskiem na samo przeżycie zamiast na sformułowanie wyników i że wokół badań uformowała się grupa wtajemniczonych. Leary i Alpert bronili się zgodami FDA i uczelnianej służby zdrowia oraz całodobową dostępnością lekarza. Na sali siedział, nierozpoznany, dziennikarz studenckiego „The Harvard Crimson” — i nazajutrz relacja z zamkniętego zebrania była w gazecie.

Dalej poszło szybko. 26 listopada 1962 roku dziekan John Monro i lekarz uczelni Dana Farnsworth ostrzegli studentów listownie przed tymi substancjami; 10 grudnia Leary i Alpert odpowiedzieli, nazywając stanowisko uczelni administracyjnie zachowawczym, a naukowo lekkomyślnym.

Formalne rozstanie nastąpiło wiosną 1963 roku i — wbrew popularnej wersji — nie miało w podstawie badań nad psylocybiną. Leary’ego odsunięto od zajęć i wstrzymano mu wynagrodzenie z dniem 30 kwietnia za to, że opuścił Cambridge i swoje wykłady bez zgody uczelni. Alperta zwolniono decyzją ogłoszoną pod koniec maja przez rektora Nathana Puseya za podanie substancji studentowi studiów licencjackich, wbrew wcześniejszemu zobowiązaniu wobec uniwersytetu. Pusey podkreślał wtedy, że uczelnia nie sprzeciwia się badaniom, tylko złamaniu ustaleń.

Trzydzieści lat, które ta historia kosztowała

Colin Wark i John Galliher przeanalizowali w 2010 roku w „International Journal of Drug Policy” drogę od projektu do zakazu i postawili tezę mocną: federalna kryminalizacja posiadania psylocybiny w Stanach w 1968 roku była w dużej mierze produktem harwardzkiej afery. Zwracają uwagę na rzecz nietypową — psylocybiny nie powiązano, jak wielu innych substancji, z żadną grupą uznawaną za zagrożenie, tylko z młodzieżą z najbardziej uprzywilejowanych uczelni.

Skutek dla nauki był prosty: temat stał się reputacyjnie toksyczny. Badania na ludziach praktycznie zamarły na kilka dekad, a wróciły dopiero wtedy, gdy zaczęto je prowadzić dokładnie odwrotnie niż w Cambridge — z randomizacją, aktywnym placebo, ustandaryzowanymi skalami i rejestracją zdarzeń niepożądanych. Za symboliczny moment powrotu uchodzi praca zespołu Rolanda Griffithsa z Johns Hopkins z 2006 roku. Dzisiejszy stan badań klinicznych nad psylocybiną opisujemy osobno.

Morał tej historii nie brzmi „naukowców uciszono”. Brzmi raczej tak: dziedzina, która pozwala sobie na kontrolę jakości słabszą niż jej własne ambicje, prędzej czy później dostaje rachunek — i płacą go ludzie, którzy przyjdą po trzydziestu latach.

W Polsce psylocybina pozostaje substancją nielegalną. Artykuł ma charakter informacyjny, dotyczy historii nauki i nie zastępuje porady lekarza. Treść przeznaczona dla osób pełnoletnich.

Źródła

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Dyskretna Dostawa 24h
Nadajemy w neutralnych opakowaniach bez logotypów i oznaczeń zawartości. Paczki wychodzą od nas od poniedziałku do czwartku, aby nie leżakowały w weekend na magazynach kurierskich.
Gwarancja Witalności
Jeśli materiał biologiczny dotrze uszkodzony, wymienimy go na nowy. Gwarantujemy świeżość grzybni dzięki przechowywaniu w certyfikowanych chłodniach laboratoryjnych.
System Bezobsługowy (Full-Auto)
Nasze zestawy nie wymagają nawadniania ani wietrzenia w pierwszej fazie. Stworzyliśmy idealne, sterylne warunki do samoczynnej kolonizacji i bezpiecznej obserwacji mikroskopowej.
Zwiększona Pojemność (+42%)
Nasze growkity zawierają o 42% więcej substratu niż standardowe zestawy rynkowe. Większa masa to stabilniejsze parametry badawcze i dłuższa żywotność próbki.